4 temperamenty

Znajomość temperamentów pomaga i niezwykle ułatwia zrozumienie dziecka i dopasowanie metod dydaktycznych do jego potrzeb.

„CZTERY TEMPERAMENTY I KAMIEŃ NA DRODZE”

Lekko i z wdziękiem przeskakuje przez kamień sangwinik,
Jeśli się przezeń potknie, niewiele się przejmie,

Wściekle uderzy w kamień silny krok choleryka,
A oczy pełne żaru cieszą się z sukcesu.

Kiedy przechodzi flegmatyk, zwalnia swój równy krok:
„Nie chcesz zejść mi z drogi , obejdę cię wokoło”

A melancholik będzie stał z nieszczęśliwą miną
Medytując nad swoim pechem.

Heinrich Peitmann

więcej...

Tajemnica ludzkich temperamentów
Berlin. 4 marca 1909

Wielokrotnie stwierdzaliśmy, że największą zagadką dla człowieka jest sam człowiek. W zasadzie każde bardziej wnikliwe badanie przyrodnicze dąży do osiągnięcia swojego najwyższego celu w ten sposób, że zbierając i zestawiając wszystkie procesy zachodzące w naturze stara się uchwycić zewnętrzną prawidłowość, a wszelka wiedza duchowa zwraca się ku źródłom bytu, by pojąć, by uchwycić jestestwo i cel człowieka. Bez wątpienia zatem słuszne jest stwierdzenie, że ogólnie największą zagadką dla człowieka jest człowiek ujęty ogólnie. Z drugiej strony jednak musimy podkreślić również to, co odczuwa i doznaje każdy z nas przy spotkaniu z drugim człowiekiem; to mianowicie, że w zasadzie także każdy pojedynczy człowiek jest zagadką dla drugiego człowieka i w większości przypadków dla samego siebie. Dzisiaj nic będziemy rozważać ogólnych zagadek bytu, ale zajmiemy się ową nie mniej dla życia istotną zagadką, jaką zadaje nam każdy człowiek przy każdym spotkaniu. Jak bowiem nieskończenie różnorodni są ludzie w swoim indywidualnym, najgłębszym wnętrzu! Wystarczy tylko wymówić słowo temperament, na którym opierać się będzie nasz dzisiejszy wykład, żeby zobaczyć, że jest tyle zagadek, ilu ludzi. W ramach podstawowych typów, podstawowych tonacji, ludzie są tak zróżnicowani, tak różnorodni, iż można śmiało powiedzieć, że poprzez to specyficzne, właściwe danemu człowiekowi usposobienie, które nazywamy temperamentem, wyraża się właściwa zagadka bytu. Tam, gdzie mamy do czynienia z tymi zagadkami bezpośrednio w praktyce, tam podstawowe zabarwienie istoty ludzkiej, temperament, nabiera znaczenia. Gdy spotykamy drugiego człowieka, czujemy, jak wychodzi nam naprzeciw coś z jego zasadniczego usposobienia. Dlatego trzeba mieć nadzieję, że wiedza duchowa będzie mogła nam powiedzieć to, co niezbędne, także o istocie temperamentów.
Czujemy, że temperamenty człowieka należą do jego zewnętrznej strony. Trzeba wprawdzie przyznać, że mają one swoje źródło we wnętrzu, wyrażają się jednak we wszystkim, co objawia się zewnętrznie naszym oczom. Mimo to nie da się rozwiązać zagadki człowieka przez zewnętrzne badania przyrodnicze. Tylko wtedy możemy zbliżyć się do tego specyficznego zabarwienia istoty ludzkiej, gdy poznamy, co wiedza duchowa ma do powiedzenia o człowieku. Mówi ona, że w człowieku odnajdujemy najpierw to, dzięki czemu włącza się on w linię dziedziczności. Człowiek ujawnia właściwości, które odziedziczył po ojcu, matce, dziadkach itd. i z kolei przekazuje te cechy dziedzicznie swoim potomkom. Dzięki temu, że człowiek włączony jest w ten sposób w ciąg następujących po sobie pokoleń, że ma przodków,
posiada pewne właściwości. Ale to, co dziedziczy po swoich ojcach, stanowi tylko jedną stronę jestestwa ludzkiego. Z nią łączy się to, co człowiek przynosi ze świata duchowego, co dołącza do tego, co może ma dać ojciec, matka, co mogą mu dać przodkowie. Z tym, co nurt rodzinny niesie w dół
przez pokolenia, łączy się coś innego, coś, co przechodzi z życia do życia, z bytu do bytu. Z jednej strony mówimy, że człowiek ma to czy tamto po swoich przodkach. Widzimy jednak, gdy obserwujemy rozwój jakiegoś człowieka od dziecka, jak z jądra jego natury rozwija się to, co stanowi owoc poprzednich żywotów, to, czego w żadnym razie nie mógł on odziedziczyć po swoich przodkach. Znamy prawo ponownego wcielania się, następowania po sobie kolejnych żywotów. Nie jest ono niczym innym, jak tylko szczegółowym przypadkiem ogólnego prawa świata.
Nie wyda się to nam tak paradoksalne, gdy rozważymy, co następuje. Popatrzmy na nieożywiony minerał, na kryształ górski. Ma on regularną formę, Gdy przemija, nie pozostawia ze swojej formy nic, co by przetrwało, co mogłoby przejść na inne kryształy górskie. Nowy kryształ nic nie dostaje z jego formy. Gdy ze świata mineralnego wznosimy się do świata roślinnego, staje się dla nas jasne, że roślina nie może powstać na mocy tych samych praw, co kryształ górski. Roślina może zaistnieć tylko wywodząc się od poprzedzającej ją rośliny. Tutaj forma jest przechowywana i przenoszona na inne jestestwo. Wznosząc się do świata zwierząt widzimy, jak odbywa się rozwój gatunku. To właśnie wiek XIX upatrywał swoich największych osiągnięć w odkryciu rozwoju gatunku. Widzimy, że nie tylko jedna forma wywodzi się z innej, ale że każde młode zwierzę przechodzi jeszcze raz w ciele matki wcześniejsze formy, niższe fazy rozwoju, jakie właściwe były jego przodkom. U zwierząt mamy spotęgowanie gatunku.
U człowieka mamy nie tylko spotęgowanie gatunku, nie tylko rozwój gatunku, ale rozwój indywidualności. To, co człowiek zdobywa w ciągu życia dzięki wychowaniu, dzięki doświadczeniu, nie przepada, tak samo jak nie przepada linia przodków u zwierząt. Przyjdzie czas, kiedy jądro istoty człowieka rozważane będzie w powiązaniu z minionym bytem. Zostanie uznane, że istota ludzka jest owocem wcześniejszego bytu. Opory, wbrew którym nauka ta musi się zakorzenić, zostaną przezwyciężone - dokładnie tak samo, jak przezwyciężone zostały poglądy uczonych z poprzednich wieków, głoszące, że to, co żywe, może powstać z tego, co nieożywione, na przykład ze szlamu rzecznego. Jeszcze przed trzema stuleciami nauki przyrodnicze utrzymywały, że zwierzęta miałyby rozwijać się ze szlamu rzecznego, czyli z czegoś nieożywionego. Pierwszym, który twierdził, że to, co żywe, może powstać jedynie z tego, co żywe, był włoski przyrodnik Francesco Redi. Został on za tę naukę zaatakowany; mało brakowało, a byłby podzielił los Giordano Bruno.
Dzisiaj stos nie jest już w modzie. Kogoś, kto dzisiaj występuje z nową prawdą - na przykład chce to, co duszno-duchowe, wywodzić jedynie z tego. co duszno-duchowe - nie spali się wprawdzie na stosie, ale ma się go za błazna. Przyjdzie czas, gdy za niedorzeczność uważane będzie mniemanie, jakoby człowiek żył tylko raz, jakoby nic było czymś trwałym to, co łączy się z tym, co stanowi cechy odziedziczone.
Tak powstaje wielkie pytanie: Jak to, co pochodzi z zupełnie innych światów, co musi znaleźć sobie ojca i matkę, może zespolić się z tym. co cielesno-fizyczne; jak może przyoblec się w to, co stanowi cechy fizyczne, poprzez które człowiek włączony zostaje w linię dziedziczności? Jak dokonuje się zjednoczenie obu tych nurtów, nurtu duchowo-dusznego, w który człowiek wchodzi przez powtórne wcielenie, i cielesnego nurtu linii dziedziczności? Trzeba je jakoś zrównoważyć. Kiedy oba nurty łączą się, jeden zabarwia drugi. Zabarwiają się nawzajem. Tak jak niebieski i żółty łączą się w pewien sposób w zielony, tak oba nurty łączą się w człowieku tworząc (o, co nazywamy jego temperamentem. Stąd promieniuje to, co duszne w człowieku, oraz naturalne, odziedziczone cechy. To, co stanowi temperament, stoi pośrodku - pomiędzy tym, dzięki czemu człowiek włącza się w szereg przodków, a tym, co przynosi ze sobą ze swoich wcześniejszych wcieleń. Temperament godzi to, co wieczne, z tym, co przemijające. Takie pogodzenie, czy zrównoważenie, zachodzi dzięki temu, że człony istoty ludzkiej powiązane są ze sobą w pewien określony sposób.
Wiemy, że taki człowiek, jaki staje przed nami w życiu, człowiek, w którym zbiegają się te dwa nurty, jest jestestwem czteroczłonowym. Najpierw widzimy ciało fizyczne, które człowiek posiada wespół ze światem mineralnym. Pierwszym ponadzmysłowym członem człowieka jest ciało eteryczne, które przez całe życie pozostaje złączone z ciałem fizycznym; jedynie śmierć przynosi ich rozdzielenie. Kolejnym, trzecim członem jest ciało astralne, nośnik instynktów, popędów, namiętności, pożądań i tego wszystkiego, co wzbierając i opadając faluje jako odczucia i wyobrażenia. Najwyższym członem człowieka, tym, dzięki czemu przewyższa on wszystkie istoty, jest nośnik ludzkiej jaźni, która w tak zagadkowy, ale jednocześnie tak widoczny sposób daje mu siłę samoświadomości. Te cztery człony napotykamy w jestestwie ludzkim.
Dzięki temu, że oba nurty zbiegają się w człowieku, gdy wchodzi on w świat fizyczny, cztery człony jego istoty mogą w różny sposób spleść się ze sobą -jeden z nich otrzymuje niejako władzę nad innymi i odciska na nich swoje zabarwienie. Jeżeli nośnik jaźni panuje nad pozostałymi członami człowieka, dominuje temperament choleryczny. Gdy nad innymi członami panuje ciało astralne, przypisujemy człowiekowi temperament sangwiniczny. Gdy panuje ciało eteryczne, czyli życiowe, mówimy o temperamencie, , flegmatycznym. A gdy dominuje ciało fizyczne, powstaje temperament
melancholiczny. Jak jest zmieszane to, co wieczne, z tym. co przemijające, taki jest stosunek pomiędzy poszczególnymi członami. Często też mówiliśmy, jak te cztery człony przejawiają się zewnętrznie w ciele fizycznym, jak odciskają się w nim. Jaźń wyraża się w krążeniu krwi. Dlatego u choleryka dominuje system krwi. Ciało astralne znajduje swój wyraz fizyczny w systemie nerwowym, dlatego w ciele fizycznym sangwinika ton nadaje system. nerwowy. Ciało eteryczne wyraża się fizycznie w systemie gruczołów; dlatego w ciele fizycznym flegmatyka ton nadaje system gruczołów. Ciało fizyczne jako takie znajduje wyraz jedynie w ciele fizycznym; dlatego u melancholika ciało fizyczne jest tym, co zewnętrznie nadaje ton. Możemy to zobaczyć we wszystkich przejawach, z jakimi mamy do czynienia w poszczególnych temperamentach.
U choleryka dominuje przede wszystkim jaźń i system krwionośny. Wskutek tego występuje on jako człowiek, który w każdych okolicznościach chce przeforsować swoje "ja". Cała agresywność choleryka, wszystko, co związane jest z jego silną naturą wolitywną, pochodzi z obiegu krwi. W systemie nerwowym i ciele astralnym mamy falujące, wzbierające i opadające odczucia i uczucia. Tylko dzięki temu, że jaźń je poskramia, wkracza harmonia i porządek. Gdyby człowiek nie poskramiał ich swoją jaźnią, wzbierałyby i opadały i nie dałoby się stwierdzić jakiejkolwiek władzy człowieka nad nim. Człowiek podlegałby temu falowaniu od odczucia do odczucia, od obrazu do obrazu, od wyobrażenia do wyobrażenia itd.
Coś z tego pojawia się, gdy dominuje ciało astralne - a więc u sangwinika, który w pewien sposób poddaje się falowaniu obrazów, odczuć i wy-obrażeń, gdyż dominuje w nim ciało astralne i system nerwowy. To, co stanowi krwiobieg człowieka, poskramia życie nerwów. Co się dzieje, kiedy człowiek ma anemię, jest niedokrwiony, kiedy ten poskramiacz jest nieobecny? Występuje wtedy niepohamowane wznoszenie się i opadanie obrazów; pojawiają się iluzje i halucynacje. Drobną zapowiedź tego mamy u sangwinika. Sangwinik nie potrafi zatrzymać się dłużej na jednym wyobrażeniu, nie potrafi skupić się na jednym obrazie, nie potrafi zatrzymać zainteresowania na jednym wrażeniu. Spieszy od jednego wrażenia niesionego przez życie do drugiego, od jednego postrzeżenia do drugiego. Można to obserwować szczególnie u dzieci sangwinicznych; to może martwić: zainteresowanie rodzi się łatwo, obraz zaczyna szybko działać, szybko wywiera wrażenie, ale wrażenie to znowu szybko znika.
Przejdźmy do temperamentu flegmatycznego. Widzimy, że temperament flegmatyczny powstaje dlatego, że dominujące staje się to, co nazywamy ciałem eterycznym, czy życiowym, to, co reguluje wewnątrz procesy wzrostu i procesy życiowe człowieka. Wyraża się to w poczuciu wewnętrznego komfortu. Im bardziej człowiek żyje w swoim ciele eterycznym, tym bardziej zajęty jest w sobie i nie troszczy się o rzeczy zewnętrzne. Pracuje wewnątrz siebie.
U melancholika widzieliśmy, że ciało fizyczne, to znaczy najgęstszy człon jestestwa ludzkiego, panuje nad innymi członami. Zawsze, gdy panuje ta najgęstsza część, człowiek ma poczucie, że nie panuje nad nią, że nie może się nią posługiwać. A przecież ciało fizyczne jest narzędziem, którym człowiek powinien bez reszty zawładnąć przez swoje wyższe człony. Teraz jednak to ciało fizyczne panuje, stawia opór innym członom. Człowiek odczuwa to jako ból i niechęć, jako pełen przygnębienia nastrój charakterystyczny dla melancholika. Ból wzbiera wciąż na nowo. Nastrój ten nie pochodzi z niczego innego, jak tylko z tego, że ciało fizyczne stawia opór wewnętrznemu zadowoleniu ciała eterycznego, ruchliwości ciała astralnego i pewności celu jaźni.
Te powiązane ze sobą cztery człony człowieka, wyraźnie i jasno wychodzą nam naprzeciw w zewnętrznym obrazie. Kiedy dominuje jaźń, człowiek chce pokonać wszystkie zewnętrzne przeszkody, chce się objawić. Jaźń naprawdę zatrzymuje wtedy wzrastanie innych członów człowieka, ciała eterycznego i ciała astralnego, nie pozwala im dojść swoich praw. Pokazują nam to już same czysto zewnętrzne oznaki. Na przykład w Johannie Gotliebie Fichte choleryka można rozpoznać już z zewnątrz. Jego cała postać zdradza wyraźnie, że działanie innych członów jego istoty zostało zahamowane. Innym klasycznym przykładem choleryka jest Napoleon, który pozostał tak mały, ponieważ jaźń zahamowała pozostałe człony jego istoty. Ale naturalnie rzecz nie sprowadza się do stwierdzenia, że choleryk jest mały, a sangwinik duży. Postać człowieka wolno nam ujmować jedynie w porównaniu z jego własnym wzrostem i rozwojem. Chodzi o to, jaki jest stosunek wzrostu do całej postaci.
U sangwinika dominuje system nerwowy, ciało astralne. W swoim wewnętrznie ruchliwym życiu będzie ono pracowało nad kończynami. Także zewnętrzne odbicie człowieka będzie czyniło tak ruchliwym, jak to tylko możliwe. O ile u choleryka mamy zdecydowanie wykrojone rysy twarzy, o tyle u sangwinika mamy rysy ruchliwe, pełne wyrazu, zmienne. Nawet w smukłej postaci czy budowie kości widzimy w całym człowieku wewnętrzną ruchliwość ciała astralnego. Wyraża się ona na przykład w smukłych muskułach. Można to również zobaczyć w tym, co widzimy w człowieku od zewnątrz. Także ktoś, kto nie ma daru jasnowidzenia, może już patrząc z tyłu na człowieka poznać, czy jest on sangwinikiem, czy cholerykiem. Do tego nie trzeba być badaczem duchowym. Widząc idącego choleryka można zaobserwować, że stawia stopy tak, jakby przy każdym kroku chciał nie tylko dotknąć ziemi, ale jakby chciał się jeszcze trochę w nią wbić. Natomiast sangwinik idąc podskakuje, podryguje. Także bardziej subtelne cechy charakterystyczne można odnaleźć w zewnętrznej postaci. Wewnętrzne skupienie natury jaźniowej, wewnętrzna intensywność choleryka wychodzi nam naprzeciw w jego czarnych oczach. A proszę przyjrzeć się sangwinikowi, u którego natura jaźniowa nie jest tak głęboko zakorzeniona, u którego ciało astralne przejawia całą swoją ruchliwość - ma on przeważnie oczy niebieskie. W ten sposób można by podać wiele cech, w których temperament przejawia się na zewnątrz.
Temperament flegmatyczny objawia się w nieruchomej, apatycznej fizjonomii, w pełności ciała, a szczególnie w wypracowaniu partii tłuszczowych; to bowiem ciało eteryczne szczególnie wypracowuje. W tym wszystkim wychodzi nam naprzeciw wewnętrzny komfort flegmatyka. Flegma-tyk ma rozlazły chód. Nie stąpa, że tak powiem, porządnie, nie wiąże się z rzeczami. A proszę przyjrzeć się melancholikowi. Zobaczą państwo, że ma przeważnie zwieszoną głowę, że nie wydobywa z siebie siły do usztywnienia szyi. Oczy są posępne; to nie jest ów blask czarnych oczu choleryka. Chód jest wprawdzie stanowczy, ale nie jest to chód choleryka; widzimy nie owo mocne kroczenie choleryka, ale coś z wlokącej się determinacji.
Widzą państwo zatem, jak znacząco wiedza duchowa przyczynić się może do rozwiązania tej zagadki. Poznanie może jednak zaowocować w praktyce życia codziennego dopiero wtedy, gdy człowiek uwzględniać będzie całą rzeczywistość, do której należy również to, co duchowe, gdy nie pozostanie jedynie przy tym, czego rzeczywiste istnienie potwierdzają jego zmysły. Dlatego tylko z wiedzy duchowej może płynąć takie poznanie, które służy dobru całej ludzkości i indywidualnego człowieka. W wychowaniu musimy zwrócić bardzo baczną uwagę na rodzaj temperamentu, gdyż umiejętność poprowadzenia i pokierowania rozwijającego się temperamentu dzieci jest szczególnie ważna. Ale także później, przy wychowywaniu samego siebie, umiejętność ta jest nadal dla człowieka ważna. Dla tego, kto chce sam siebie wychowywać, cenne jest zwracanie uwagi na to, co wyraża się w jego temperamencie.
Przedstawiałem państwu tutaj podstawowe typy temperamentów. W życiu nie występują one naturalnie w tak czystej formie. U każdego człowieka jedynie ton podstawowy pochodzi od jednego temperamentu, poza tym dołączają się inne. Napoleon na przykład miał w sobie wiele flegmatyczności, chociaż był cholerykiem. Kiedy w praktyce mamy radzić sobie z życiem, to rzecz zasadza się na tym, byśmy potrafili otworzyć duszę na to, co wyraża się w charakterystyczny sposób. Wagę tego pojmiemy najlepiej wtedy, gdy pomyślimy, że temperamenty mogą się wyrodzić, że to, co może wyjść nam naprzeciw jako coś jednostronnego, może też zwyrodnieć. Jaki byłby świat bez temperamentów, gdyby ludzie mieli tylko jeden temperament? Czymś najnudniejszym, co mogą sobie państwo wyobrazić! Nudny byłby świat bez temperamentów, nie tylko w sensie zmysłowym, ale także w wyższym. Wszelka różnorodność, piękno i całe bogactwo życia możliwe są tylko dzięki temperamentom. W wychowaniu chodzi nie o to, żeby temperamenty wyrównywać czy zniwelować, lecz o to, by kierować je na właściwe tory. W każdym temperamencie leży jednak małe i duże niebezpieczeństwo wyrodzenia się. U człowieka cholerycznego zachodzi w młodości takie niebezpieczeństwo, że napady gniewu, których nie potrafi opanować, powodują "odciśnięcie się jaźni". To jest małe niebezpieczeństwo. Duże niebezpieczeństwo stanowi błazeństwo (głupota), które chce podążać za jakimś jednym celem wysnutym z własnej jaźni. W temperamencie sangwinicznym małym niebezpieczeństwem jest lekkomyślność. Duże niebezpieczeństwo polega na tym, że owo opadanie i wznoszenie się odczuć przechodzi w pomieszanie zmysłów. Małym niebezpieczeństwem u flegmatyka jest brak zainteresowania światem zewnętrznym; dużym niebezpieczeństwem jest idiotyzm, tępota. Małym niebezpieczeństwem w temperamencie melancholicznym jest przygnębienie, groźba, że człowiek nie wyjdzie poza to, co powstaje w jego wnętrzu. Dużym niebezpieczeństwem jest obłąkanie, mania.
Kiedy uświadomimy sobie to wszystko, zobaczymy, że kierowanie i prowadzenie temperamentów jest doniosłym zadaniem z obszaru życia praktycznego. Ale żeby kierować temperamentami, trzeba trzymać się takiej zasady: zawsze musimy liczyć się z tym, co jest, a nie budować na tym, czego nie-ma. Kiedy dziecko ma temperament sangwiniczny, to nie możemy mu pomóc w rozwoju tym, że będziemy wbijać w nie zainteresowanie; nie można w nie wmusić nic poza tym, co stanowi właśnie jego temperament sangwiniczny. Nic powinniśmy pytać: Czego dziecku brakuje? Co powinniśmy w nie wpoić?, ale powinniśmy pytać: Co z reguły ma dziecko sangwiniczne? I z tym musimy się liczyć. Z reguły widzimy, że można rozbudzić w nim jedno zainteresowanie - choćby dziecko było najbardziej nawet lekkomyślne - zainteresowanie osobowością jakiegoś człowieka. Jeżeli tylko mamy odpowiednią osobowość, albo jeżeli możemy postawić właściwą osobę u jego boku, to zainteresowanie zaraz się pojawi. Zainteresowanie u dziecka sangwinicznego można wzbudzić tylko okrężną drogą - poprzez miłość zwracającą się ku osobowości człowieka. Dziecko sangwiniczne potrzebuje takiej miłości, miłości zwróconej do całej osobowości człowieka, bardziej niż inne temperamenty. Musimy zrobić wszystko, aby obudziła się w nim miłość. Miłość jest tu czarodziejskim słowem. Musimy zatroszczyć się o to, z czym mamy do czynienia. Musimy starać się o wprowadzenie w otoczenie dziecka rozmaitych rzeczy, co do których zauważamy, że jednak budzą one jego głębsze zainteresowanie. Musimy pozwolić, aby te rzeczy przemawiały do sangwiniczności, aby Oddziaływały na dziecko, po czym musimy mu je znowu zabrać, aby znowu ich pożądało, po czym znowu mu je dać. Musimy sprawić, żeby oddziaływały one na dziecko tak, jak oddziałują na ten temperament obiekty zwykłego świata.
Dla dziecka cholerycznego też istnieje okrężna droga, dzięki której zawsze można pokierować jego rozwojem. Oto, co w tym wypadku pewnie kieruje wychowaniem: szacunek i poważanie dla autorytetu. Tutaj nie chodzi o to, aby stać się lubianym dzięki przymiotom osobistym, jak to było przy dziecku sangwinicznym, ale o to, aby dziecko choleryczne mogło zawsze wierzyć, że wychowawca zna się na rzeczy. Musimy pokazać, że mamy dobre rozeznanie w sprawach dziejących się wokół dziecka. Nie wolno się zblamować. Dziecko musi zawsze trwać w przekonaniu, że wychowawca zna się na rzeczy; w przeciwnym razie wychowawca natychmiast przegrywa. O ile miłość do osobowości do tego, jaki człowiek jest w ogóle jest cudownym środkiem w przypadku dziecka sangwinicznego, to poważanie i szacunek wobec wartości danej osoby jest czarodziejskim słowem przy dziecku cholerycznym. Musimy umieszczać na jego drodze szczególnie takie rzeczy, które stawiają mu opór. Dziecko choleryczne musi napotkać na swojej drodze trudności i przeszkody stawiające mu opór. Musimy się starać, aby mu zbytnio nie ułatwiać życia. Dziecko melancholiczne nie jest łatwe do prowadzenia. Ale dla niego też istnieje cudowny środek. Tak jak czarodziejskimi słowami w przypadku dziecka sangwinicznego jest miłość do osobowości, a przy dziecku cholerycznym - szacunek i poważanie dla wartości wychowawcy, tak przy dziecku melancholicznym jest nim to, co sprawia, że wychowawcy są ludźmi doświadczonymi przez życie, których mowa i działanie wynika z życia pełnego doświadczeń. Dziecko musi odczuwać, że wychowawca naprawdę przeszedł przez cierpienie. Trzeba pozwolić mu odczuć własne losy w najprzeróżniejszych sytuacjach życiowych. Współodczuwanie losów tych, którzy są wokoło, wychowuje dziecko melancholiczne. W przypadku melancholika także przecież musimy liczyć się z tym, co on ma. Ma on umiejętność cierpienia, skłonność do cierpienia i posępności. Siedzą one wewnątrz niego, nie możemy ich stamtąd wybić. Ale możemy nadać im inny kierunek. Pozwólmy melancholikowi zetknąć się w życiu zewnętrznym z uzasadnionym bólem, uzasadnionym cierpieniem, żeby poznał, że istnieją rzeczy, za sprawą których można przeżywać ból. Oto właśnie chodzi. Nie należy go zabawiać - przez zabawianie umaciają państwo jego przygnębienie, jego wewnętrzny ból. Powinien on widzieć, że w życiu istnieją rzeczy, które mogą przynieść ból i cierpienie. Chodzi o to, aby, nie ważąc się poprowadzić tego za daleko, wywołać za sprawą zewnętrznych rzeczy ból, który skieruje go w drugą stronę.
Flegmatyk w żadnym razie nie może wzrastać w samotności. O ile w ogóle dobrze jest, żeby dzieci miały towarzyszy zabaw, to w przypadku flegmatyka nabiera to szczególnego znaczenia. Musi on mieć towarzyszy zabaw posiadających najprzeróżniejsze zainteresowania. Można go wychowywać stwarzając mu możliwość współuczestniczenia w zainteresowaniach - i to możliwie wielu zainteresowaniach - innych osób. Chociaż zachowuje się on obojętnie wobec tego, co go otacza, jego zainteresowanie można rozniecić w ten sposób, że działać na niego będą zainteresowania towarzyszy zabaw. O ile w przypadku dziecka melancholicznego chodzi o współprzeżywanie losu innej osoby, o tyle w przypadku dziecka flegmatycznego chodzi o współprzeżywanie zainteresowań towarzyszy zabaw. Rzeczy jako takie nie działają na flegmatyka. Ale kiedy odbijają się one w innych, ludziach, wtedy powstające zainteresowania odbijają się w duszy dziecka flegmatycznego. Powinniśmy także szczególnie zadbać o to, aby umieścić w otoczeniu dziecka takie przedmioty, pozwolić zachodzić takim wydarzeniom, wobec których flegmatyczność jest na miejscu. Musimy skierować flegmatyczność na właściwe przedmioty, to znaczy takie wobec których człowiek ma prawo być flegmatykiem.
Te zasady wychowania pokazują, jak wiedza duchowa wkracza w praktyczne zagadnienia życia. Dzięki niej człowiek może także wychowywać samego siebie. Sangwinik, na przykład, nie dojdzie do celu w ten sposób, że powie sobie: masz temperament sangwiniczny, musisz się od tego odzwyczaić. Intelekt, bezpośrednio zastosowany, jest w tej dziedzinie często prze¬szkodą. Natomiast pośrednio może wiele dokonać. Intelekt jest w tym przypadku najsłabszą siłą duszy. Przy mocniejszych siłach dusznych, jakimi są temperamenty, może on bardzo niewiele dokonać bezpośrednio; działać może jedynie pośrednio- Człowiek musi liczyć się ze swoją sangwinicznością; upominanie siebie nic przynosi pożytku. Chodzi o to, aby przejawiać sangwiniczność na właściwym miejscu. Możemy dzięki intelektowi dostarczyć sobie przeżyć, wobec których uzasadnione jest krótkie zainteresowanie sangwinika. Kiedy stworzymy zatem takie warunki - także gdy chodzi o drobiazgi - w których krótkie zainteresowanie jest na miejscu, wkrótce pobudzone zostanie to, co konieczne. Przy temperamencie cholerycznym dobrze jest wybierać takie obiekty, za sprawą intelektu wytwarzać takie sytuacje, w których nie pomaga wpadanie w szał, w których własna wściekłość doprowadza nas do absurdu. Temperament melancholiczny nie powinien mijać bólu i cierpienia życia, lecz powinien ich właśnie szukać, powinien współcierpieć, dzięki czemu jego ból skieruje się ku odpowiednim przedmiotom i wydarzeniom. Jeżeli jesteśmy flegmatykami, którzy nie mają żadnych zainteresowań, to dobrze zrobimy, gdy jak najwięcej zajmować się będziemy prawdziwie nieinteresującymi obiektami, gdy otoczymy się bardzo wieloma źródłami nudy, tak żebyśmy się gruntownie zanudzili. Wtedy gruntownie wykurujemy się z flegmatyczności, gruntownie się od niej odzwyczaimy. Liczymy się zatem z tym, co jest, a nie z tym, czego nie ma.
Kiedy będziemy tak przyswajać sobie mądrość życiową, będziemy mogli rozwiązać tę podstawową zagadkę, jaką zadaje nam indywidualny człowiek. Nie da się jej rozwiązać dzięki temu, że ukujemy abstrakcyjne wyobrażenia i pojęcia. Ogólną zagadkę człowieka można rozwiązać w obrazach. Dla rozwiązania zagadki indywidualnego człowieka - ukucie abstrakcyjnych wyobrażeń i pojęć niczego tu nie rozwiąże - musimy zbliżyć się do każdego indywidualnego człowieka ofiarowując mu nasze bezpośrednie zrozumienie. To jednak możliwe jest tylko wtedy, gdy się wie, co zachodzi w głębi duszy. Wiedza duchowa jest czymś, co powoli i stopniowo wpływa w nasze dusze tak, że czyni je wrażliwymi nie tylko na doniosłe związki, ale i na subtelniejsze szczegóły. W przypadku wiedzy duchowej jest tak, że kiedy jedna dusza stoi wobec drugiej, a ta druga domaga się miłości, to ją dostaje. Kiedy domaga się czegoś innego, dostaje to od niej także. Tak dzięki prawdziwej mądrości życiowej tworzymy podłoże społeczne. Oto co znaczy: w każdym momencie rozwiązywać zagadkę. Antropozofia działa nie przez kazania, napominania czy moralne reprymendy, ale przez to, że tworzy społeczne podłoże, na którym człowiek może poznać człowieka. Wiedza duchowa jest podstawą życia, a miłość jest kwiatem i owocem takiego życia pobudzanego przez wiedzę duchową. Dlatego wiedza duchowa może powiedzieć, że tworzy coś, co stanowi podłoże dla najpiękniejszego celu człowieka: dla prawdziwej, rzeczywistej miłości ludzkiej.

Rudolf Steiner, Das Geheimnis der menschlichen Temperamente; Berlin 4.03.1909, Die Menschenschule 1928, rocznik II, zeszyt 2/3, wydane również w tomie 57 GA.

więcej...


Temperamenty w świetle wiedzy duchowej
Monachium, 9 stycznia 1909

Przekonanie, że w obrębie naszego życia fizycznego największą zagadką dla człowieka jest sam człowiek, jest poglądem często powtarzanym i uzasadnionym. Możemy wszak powiedzieć, że znaczna część naszej działalności naukowej, rozmyślań i wszelkiego rodzaju rozważań skierowana jest na rozwiązanie zagadki człowieka, na poznanie, choćby tylko w niewielkim stopniu, na czym polega istota natury ludzkiej. Nauki przyrodnicze i wiedza duchowa próbują z różnych stron rozwiązać ową wielką zagadkę zawartą w słowie: człowiek. Wszakże gdy mówi się o zagadce człowieka, ma się zazwyczaj na myśli człowieka w ogóle, nie uwzględnia się różnic pomiędzy indywidualnymi ludźmi. Bez wątpienia wiele zadań staje przed nami, gdy chcemy poznać ogólną istotę człowieka. Istnieje jednak jeszcze inna zagadka człowieka; możemy nawet powiedzieć, że tych zagadek istnieje bardzo, bardzo dużo. Czyż bowiem oprócz człowieka ujętego najogólniej - tej wielkiej zagadki - każdy indywidualny człowiek, którego spotykamy, sam nie jawi się jako zagadka? Jak trudno jest, stojąc wobec napotkanych ludzi, jasno uzmysłowić sobie różne strony ich istoty; i jak wiele zależy w życiu od takiego właśnie zrozumienia ludzi, z którymi się stykamy! Do rozwiązania tych całkowicie indywidualnych zagadek - każdy człowiek zadaje ją nam inaczej - możemy zbliżać się jednak tylko stopniowo, gdyż pomiędzy tym, co nazywamy ogólną naturą ludzką, a tym, co wychodzi nam naprzeciw w każdym indywidualnym człowieku, mamy rozległy "obszar pośredni". Odnajdujemy w nim także takie właściwości, które całym grupom ludzi nadają jednorodne cechy. Tego rodzaju są też te właściwości istoty ludzkiej, które stanowią przedmiot naszych dzisiejszych rozważań i które nazywa się zazwyczaj temperamentem człowieka.

Chociaż w zasadzie prawdą jest, że każdy człowiek ma swój własny temperament, możemy też ująć temperamenty w grupy. Mówimy głównie o czterech temperamentach ludzkich: o temperamencie sangwinicznym, cholerycznym, flegmatycznym i melancholicznym. Wprawdzie w odniesieniu do poszczególnych ludzi podział ten jest w pełni poprawny, jednak ujmując ludzi ogólnie, podzielimy ich także ze względu na temperament na takie cztery grupy.

Temperament człowieka ukazuje się z jednej strony jako coś, co skłania się ku indywidualności, jako coś, co sprawia, że ludzie różnią się od siebie, a znowu z drugiej strony jako coś, co łączy ludzi w grupy - ten fakt dowodzi, że temperament musi być czymś, co z jednej strony powiązane jest z najbardziej wewnętrznym jądrem istoty człowieka, a z drugiej strony związane być musi z ogólną naturą ludzką. Temperament człowieka jest zatem czymś, co wskazuje w dwie strony. Dlatego, jeżeli chcemy przeniknąć tajemnicę temperamentu, konieczne staje się postawienie sobie z jednej strony pytania: Jak dalece temperament wskazuje na to, co należy do ogólnej natury ludzkiej? A potem: Jak wskazuje on na jądro istoty ludzkiej, na właściwe wnętrze człowieka? Kiedy stawiamy to pytanie, to w naturalny sposób wiedza duchowa jawi się powołana do udzielenia wyjaśnienia. Musi ona bowiem prowadzić nas ku najbardziej wewnętrznemu jądru istoty człowieka.

Kiedy spotykamy człowieka na Ziemi, jawi się on nam z jednej strony jako złączony z ogółem, ale z drugiej jako samodzielne jestestwo. Widzimy dwie linie, które się spotykają, kiedy człowiek wchodzi w byt ziemski. Tu rozważamy już naturę ludzką w sposób właściwy wiedzy duchowej. Z jednej strony widzimy człowieka jako potomka ojca i matki, dziadków i tak coraz dalej. Włącza się on w to, co można nazwać linią dziedziczności, i, jak państwo wiedzą, aż po jądro swojej istoty posiada właściwości, które musimy wywodzić z dziedziczności. Także Goethe mówił o sobie w ten sposób:

Po ojcu smukłość mam postawy,
Powagę na świat spojrzenia.
Po matce skłonność do zabawy
I chęć do gawędzenia.

Widzimy jak ten wielki znawca człowieka, Goethe, chcąc wskazać na odziedziczone właściwości człowieka musiał sięgnąć aż do właściwości moralnych. Z właściwościami odziedziczonymi łączy się i płynie to, co stanowi naszą własną naturę. To jest ów drugi nurt, w który człowiek jest zanurzony, a którym dzisiejsza kultura współczesna nie specjalnie chce się zajmować. Wiedza duchowa pokazuje, co łączy się i płynie wraz z tym, co dostajemy w linii dziedziczności; prowadzi nas do doniosłego faktu tak zwanych powtórnych wcieleń, reinkarnacji i karmy. Pokazuje, jak najbardziej wewnętrzne jądro istoty człowieka łączy się z czymś, co daje linia dziedziczności. Dla badacza wiedzy duchowej to, co pochodzi z linii dziedziczności, otacza owe jądro istoty zewnętrznymi osłonami. I tak, jak ze względu na właściwości człowieka, które należą do jego zewnętrznej strony, musimy cofnąć się do jego ojca i matki, tak chcąc pojąć jego najbardziej wewnętrzną istotę, musimy cofnąć się do czegoś zupełnie innego: do jego wcześniejszego życia. Każdy człowiek, kiedy wchodzi w życie fizyczne, ma za sobą szereg żywotów. Nie ma to nic wspólnego z tym, co niesie linia dziedziczności. Być może musielibyśmy się cofnąć dalej niż o stulecia, gdybyśmy chcieli zbadać, które życie jest jego wcześniejszym życiem i kiedy przeszedł on przez wrota śmierci. Przekraczając wrota śmierci, człowiek żyje w świecie duchowym w innych formach bytu. A gdy znowu nadchodzi czas, żeby przeżyć życie w świecie fizycznym, wtedy szuka sobie rodziców. Każdy człowiek przynosi sobie z wcześniejszego życia pewne właściwości tego życia. Do pewnego stopnia przynosi swoje właściwości, swoje losy. Zależnie od tego, jaki czyn popełnił, wywołuje takie lub inne działanie zwrotne i czuje się otoczony nowym życiem. Tak tedy przynosi sobie z wcześniejszych wcieleń wewnętrzne jądro i otacza je tym, co dostaje przez dziedziczenie. Wspomnieć o tym należy, gdyż nasze współczesne czasy są w istocie mało skłonne do uznania tego wewnętrznego jądra istoty ludzkiej, do spojrzenia na ideę powtórnych wcieleń inaczej niż na jakiś dziwaczny wymysł. Ta idea musi powoli wniknąć w kulturę ludzką -podobnie jak to się stało z nauką wielkiego uczonego Francesco Redl. Wbrew panującej wówczas teorii, głoszącej, jakoby ryby powstawały ze szlamu rzecznego, udowodnił on, że żywa istota może powstać tylko z żywej istoty. Dzisiaj mówi się podobnie: wszystko, cokolwiek jest w człowieku, powstaje przez dziedziczenie. Osoba uprawiająca wiedzę duchową może; również wskazać na fakt dziedziczenia; było to też czynione. Na przykład w rodzinach muzycznych dziedziczony jest talent muzyczny itd.; to wszystko ma wspierać naukę o dziedziczności. Mówi się nawet, gdy mowa o geniuszu, że geniusz rzadko pojawia się na początku rodu, że pojawia się dopiero na końcu. Do szczególnej umiejętności geniusza podchodzi się tak, że cofając się w przeszłość sięga się to tu, to tam, u tego przodka znajduje się takie właściwości, u tamtego inne i tak dalej, aż wreszcie pokazuje się, jak ostatecznie zbiegają się one w geniuszu, który powstał na końcu rodu. Czego to dowodzi? Nie czegoś innego przecież, jak tylko tego, że wewnętrzne jądro człowieka może się przejawić podług instrumentu ciała. Nie jest to bardziej odkrywcze, niż zwrócenie uwagi na fakt, że gdy człowiek wpadnie do wody, staje się mokry. Jest czymś zupełnie naturalnym, że przyswaja on sobie coś z żywiołu, w jaki zostaje przeniesiony. To, co ma stanowić dowód, można by daleko bardziej uważać za potwierdzenie tego, że geniusz, na przykład, nie jest dziedziczony. Gdyby bowiem był dziedziczony, musiałby przecież pojawić się już na początku rodu - wtedy można byłoby dowieść, że jest dziedziczony - zamiast stać na końcu linii rodowej.

Tak zatem w człowieku, który staje przed nami na Ziemi, widzimy połączenie się dwóch strumieni. Z jednej strony widzimy w nim to, co przyjmuje on od swojej rodziny; z drugiej to, co rozwija się z najbardziej wewnętrznej istoty człowieka, widzimy pewną sumę predyspozycji, właściwości, wewnętrznych zdolności i zewnętrznego losu. Oba strumienie płyną razem; każdy człowiek składa się z tych dwóch strumieni. Widzimy, jak zgodnie ze swoją najbardziej wewnętrzną istotą człowiek musi z jednej strony dopasować się do tego jednego strumienia, a z drugiej do tego wszystkiego, co przynosi mu linia dziedziczności. Widzimy, że człowiek ma w dużej mierze fizjonomię swoich przodków; moglibyśmy, że tak po-wiem, zestawić człowieka z tego, co wytworzyli jego przodkowie. Początkowo jądro istoty człowieka nie ma nic wspólnego z tym, co przychodzi z dziedziczenia; musi jedynie przystosować się do tego, co dla niego najbardziej się nadaje. Zrozumiemy teraz, że dla tego, co być może od stuleci żyło w zupełnie innym świecie i ponownie przeniesione zostaje w inny świat, konieczne jest powstanie pewnego pośrednika, że jądro istoty człowieka musi mieć od dołu coś pokrewnego sobie, że musi istnieć jakiś człon pośredni Jakieś połączenie, pomiędzy właściwym, indywidualnym człowiekiem a tym, co ogólne, w co człowiek wchodzi rodząc się w pewnej rodzinie, narodzie, rasie. To, co przekazuje z jednej strony wszystkie wewnętrzne właściwości, jakie człowiek wnosi ze swojego wcześniejszego wcielenia, a z drugiej to, co daje człowiekowi linia dziedziczności, określamy pojęciem temperamentu. Temperament znajduje się zatem pomiędzy właściwościami odziedziczonymi a tym, co człowiek przyjął w swoje wewnętrzne jądro. To tak, jak gdyby owo zstępujące jądro istoty otaczało się duchowym odcieniem tego, co oczekuje go tam na dole; tak że w miarę, jak jądro istoty przystosowuje się jak można najlepiej do osłony człowieka, zabawia się ono zgodnie z tym, w co człowiek wchodzi poprzez narodziny, i zgodnie z właściwością, którą ze sobą przynosi.

Rozważając tedy całego człowieka będziemy mogli powiedzieć tak: cały człowiek składa się z ciała fizycznego, ciała eterycznego, ciała astralnego i jaźni. To, czym ciało fizyczne jest przede wszystkim, to, co człowiek tak na sobie niesie, że postrzegają to oczy zmysłowe, ma w sobie wyraźnie, patrząc z zewnątrz, przede wszystkim oznaki dziedziczności. Przechodząc do ciała eterycznego człowieka, tego bojownika walczącego przeciw rozkładowi ciała fizycznego, widzimy, że żyjące w nim właściwości także należą do linii dziedziczności. Dalej dochodzimy do ciała astralnego, które w swych właściwościach znacznie bardziej związane jest z jądrem istoty człowieka. A gdy dochodzimy do najbardziej wewnętrznego jądra człowieka, do właściwej jaźni, odnajdujemy to, co przechodzi z wcielenia do wcielenia i co jawi się jako wewnętrzny pośrednik wypromieniowujący na zewnątrz swoje właściwości. Te cztery człony muszą się ze sobą połączyć i dlatego dopasowują się do siebie, gdy człowiek wchodzi w świat fizyczny. Dzięki temu wzajemnemu oddziaływaniu ciała astralnego i jaźni, ciała fizycznego i eterycznego, dzięki temu wnikaniu w siebie owych dwóch strumieni, pojawiają się w naturze ludzkiej temperamenty. Muszą one przeto być czymś zależnym od indywidualności człowieka, czyli od tego, co włącza się w linię dziedziczności, będącą czymś nie zindywidualizowanym. Gdyby człowiek nie mógł w ten sposób ukształtować swej wewnętrznej istoty, każdy potomek byłby z konieczności jedynie wytworem swoich przodków. Tym, co zostaje tu wewnątrz ukształtowane, co "indywidualizuje", jest siła temperamentu; w tym leży tajemnica temperamentów.

Zatem wszystkie wymienione człony człowieka oddziałują na siebie w obrębie całej natury ludzkiej; wpływają na siebie, wzajemnie. Kiedy jądro istoty zabarwi ciało fizyczne i eteryczne, wtedy to, co powstaje przez takie zabarwienie, oddziałuje na każdy inny człon. Właściwości stojącego przed nami człowieka zależą zatem od tego, czy jądro istoty silniej działa na ciało fizyczne, czy też ciało fizyczne działa silniej. Zależnie od tego, jaki jest człowiek może on wpłynąć na jeden z czterech członów, a wtedy za sprawą oddziaływania zwrotnego na pozostałe człony powstaje temperament. Dzięki tej szczególnej właściwości jądro istoty człowieka, zmierzające ku ponownemu wcieleniu, potrafi wszczepić pewną nadwyżkę działania w ten czy inny człon. Może zatem wszczepić swojej jaźni pewną nadwyżkę siły; człowiek może także dzięki temu, że przeszedł we wcześniejszym życiu określone przeżycia, wpłynąć w ten sposób na inny swój człon.

Kiedy dzięki losom człowieka jaźń nabiera takiej mocy, że jej siły wybitnie dominują w poczwórnej naturze człowieka, powstaje temperament choleryczny. Kiedy człowiek znajduje się pod wpływem ciała astralnego, temperament sangwiniczny. Kiedy ciało eteryczne oddziałuje na pozostałe człony z nadwyżką siły, powstaje natura flegmatyczna. Kiedy ciało fizyczne tak oddziałuje na pozostałe człony organizmu, że jądro istoty nie jest w stanie pokonać w nim pewnych stwardnień, dominuje temperament melancholiczny. Duża część ciała fizycznego stanowi bezpośredni wyraz fizycznej zasady życia działającej w człowieku. System gruczołów musimy uważać za wyraz fizyczny ciała eterycznego. System nerwowy, a dokładniej to, co tam działa, musimy uważać za fizyczny wyraz ciała astralnego, a siła wywołująca pulsowanie krwi jest wyrazem właściwej jaźni. Dlatego to, co charakteryzuje jaźń, będzie występowało w temperamencie cholerycznym jako właściwość dominująca. Zobaczymy, że temperament choleryczny działa w silnie pulsującej krwi; tym samym objawia się w człowieku pierwiastek siły, objawia się przez to, że człowiek ma szczególny wpływ na swoją krew. U człowieka, u którego duchowo czynna jest jaźń, a fizycznie przede wszystkim krew, widzimy jak najbardziej wewnętrzna siła energicznie i mocno utrzymuje całą organizację w dobrym stanie. I kiedy staje on tak wobec świata zewnętrznego, siła jego jaźni szczególnie się przejawia. Oto skutek takiej jaźni.

Gdy w człowieku przewagę ma ciało astralne, fizycznie wyraża się to w funkcjach systemu nerwowego. Ciało astralne przynosi życie w myślach, w obrazach; zatem człowiek obdarzony temperamentem sangwinicznym będzie miał skłonność, by żyć w obrazach swego życia wyobrażeniowego. Musimy jasno uświadomić sobie stosunek ciała astralnego do jaźni. Gdyby pojawił się sam tylko temperament sangwiniczny, wówczas chaos obrazów wznosiłby się i opadał. Tym, co nie pozwala obrazom pojawiać się gwałtownie i bezładnie, są siły jaźni. Na poziomie fizycznym krew jest tym, co istotnie ogranicza aktywność systemu nerwowego.

Zaszlibyśmy za daleko, gdybym miał szczegółowo pokazywać państwu, jak mają się do siebie system nerwowy i krew i jak dzięki krwi życie wyobrażeniowe trzymane jest na wodzy. Kiedy człowiek ma zbyt cienką krew, kiedy krew nie ujarzmia systemu nerwowego, w jego życiu wyobrażeniowym pojawiają się także fantastyczne twory - aż po iluzje i halucynacje. Kiedy ciało astralne posiada pewną nadwyżkę działania, życie człowieka wygląda tak, że nie potrafi on trzymać się jednego wyobrażenia. W rezultacie może jednako zapalić się do wszystkiego, co napotyka w świecie zewnętrznym, ale brakuje wodzy, które czyniłyby jego zainteresowanie wewnętrznie trwałym; rozniecone zainteresowanie szybko przemija. Widzimy, jak sangwinik spieszy od jednego wyobrażenia do drugiego, jak objawia płoche usposobienie.

Kiedy w człowieku dominuje ciało eteryczne oraz to, w czym się ono wyraża - ów system, który wywołuje u człowieka dobre i złe samopoczucie - wówczas człowiek będzie miał skłonność, by dążyć do pozostawania w tym dobrym samopoczuciu wewnętrznym. Im lepiej będzie się czuł Wewnętrznie, tym większe współbrzmienie wytworzy pomiędzy tym, co wewnątrz, a tym, co na zewnątrz.. Kiedy tak się właśnie dzieje, kiedy występuje to nawet w nadmiarze, to całe aktywne działanie człowieka kieruje się na jego wnętrze: mamy do czynienia z flegmatykiem.

Kiedy system fizyczny człowieka działa nadmiernie, z nadwyżką, stanowi to znak, że człowiek wewnętrzny nie ma na niego wpływu. Tak przed-stawia się system fizyczny, stwardniały system fizyczny, kiedy działa w nadmiarze. Człowiek nie jest w stanie uelastycznić tego, co powinien; odczuwa wewnętrzne przeszkody. Uwydatniają się one przez to, że człowiek musi zwrócić ku nim swoją siłę. To, czego nie można przezwyciężyć, wywołuje cierpienie i ból; powodują one, że człowiek nie potrafi bez uprzedzeń patrzeć na otaczający świat. To bycie skierowanym do środka jest źródłem wewnętrznej zgryzoty. Pewne myśli i wyobrażenia utrwalają się, człowiek zaczyna pogrążać się w dociekaniach, staje się melancholikiem.

Gdy tak w zdrowy sposób uchwycimy temperament, to niejedno w życiu stanie się dla nas jasne; a nadto będziemy mogli zająć się tymi sprawami od strony praktycznej, czego w przeciwnym razie nie potrafilibyśmy zrobić. Popatrzmy na to, z czym często spotykamy się bezpośrednio w życiu! Weźmy np. choleryka, który ma w sobie mocne, silne centrum. Taka jaźń mocno trzyma wodze. Powstające obrazy są obrazami przenikniętymi świadomością. Ciało fizyczne człowieka ukształtowane jest podług ciała eterycznego, ciało eteryczne podług ciała astralnego. To ostatnie mogłoby ukształtować człowieka w najprzeróżniejszy sposób. Ale dzięki temu, że jaźń poprzez siły krwi przeciwstawia się rozrostowi, zostaje utrzymana równowaga pomiędzy pełnością, a różnorodnością kształtów. Kiedy jednak jaźń ma pewną nadwyżkę, może zahamować wzrastanie. Cholerycy z reguły wyglądają tak, jakby mieli zahamowany wzrost. Życie podsuwa przykład za przykładom; choćby filozof Johann Gottlieb Fichte w naukach humanistycznych. Pod względem zewnętrznej postaci przedstawiał kogoś, kogo mamy prawo nazywać człowiekiem z zahamowanym wzrostem. Były w nim; siły, które za sprawą nadmiaru sił jaźni zostały zahamowane. Proszę wziąć Napoleona! Jest to typowy obraz zahamowanego wzrostu choleryka. Mogą tu państwo zobaczyć takie działanie siły jaźni z ducha, że najbardziej wewnętrzna istota człowieka ukazuje się w jego postaci zewnętrznej. Proszę się przyjrzeć fizjonomii choleryka! Proszę porównać ją z fizjonomią flegmatyka! Jak niewyraźne są jego rysy; jakże trudno powiedzieć, że taki kształt czoła pasowałby do choleryka. Szczególnie silnie widać to na jednym organie, w którym działa kształtująco ciało astralne lub jaźń - w oczach, w pewnych, nieruchomo wpatrzonych oczach choleryka. U choleryka zobaczą państwo czarne, czarne jak węgiel oczy, ponieważ zgodnie z pewnym prawem - przez to, że choleryk wciąga do wewnątrz właśnie to, co wciąga siła jego jaźni - nie daje on ciału astralnemu możliwości zabarwienia tego, co zabarwione jest przez nie u innego człowieka. Proszę przyjrzeć się całemu zachowaniu człowieka! Ten, kto jest biegły w tych sprawach, może nieomal od tyłu rozpoznać, czy ktoś jest cholerykiem. Choleryka obwie-szcza, że tak powiem, mocny chód. Cały człowiek jest odbiciem tej najbardziej wewnętrznej istoty, która nam się w taki sposób objawia.

Popatrzmy na sangwinika! Temperament sangwiniczny uwydatnia się szczególnie silnie w wieku dziecięcym. Proszę popatrzeć, jak objawia się tu owa zdolność kształtowania! U dziecka sangwinicznego natrafiamy także na pewną wewnętrzną możliwość zmieniania swojej fizjonomii - u choleryka rysy są zdecydowanie wykrojone. Niebieskie oczy bardzo często są wyrazem temperamentu sangwinicznego... Idźmy dalej! Przejdźmy do flegmatyka: po jego niedbałym, rozlazłym chodzie poznajemy, że słabo panuje nad swoimi wewnętrznymi formami; mogą to państwo zobaczyć w całym człowieku.

Melancholik wnet objawi się państwu pochyloną głową, spuszczonymi oczami. Objawia, że coś w nim podlega pewnym ograniczeniom. O tym wszystkim można tu jedynie napomknąć; życie człowieka staje się jednak dla nas znacznie, znacznie bardziej zrozumiałe, kiedy patrzymy tak na ducha przenikającego i przetwarzającego formy i widzimy, jak to, co zewnętrznie postrzegamy w człowieku, może stać się dla nas wyrazem jego wnętrza. Widzimy, jak wszystko, co w życiu wielkie, może powstać właśnie dzięki jednostronnym cechom temperamentów; ale widzimy też, jak temperamenty mogą w swojej jednostronności zwyrodnieć! Czyż dziecko nie budzi w nas troski, kiedy widzimy, jak to, co choleryczne, może wyrodzić się aż w złość (złośliwość), to, co sangwiniczne, aż w lekkomyślność (trzpiotowatość), to, co melancholiczne, aż w przygnębienie (depresję) i tak dalej. Czy znajomość i umiejętność oceny temperamentu nie nabiera istotnej wartości dla wychowawcy - szczególnie, gdy chodzi o zagadnienie wychowania a także samowychowanie? Nie możemy dać się nakłonić do umniejszania znaczenia temperamentu tylko dlatego, że jest on właściwością jednostronną. Musimy jednak jasno zdawać sobie sprawę z tej właściwości temperamentu, musimy wiedzieć, że najbardziej radykalnym przejawem temperamentu melancho-icznego jest obłąkanie (mania, szaleństwo; Wahnsinn), flegmatycznego -niedołęstwo umysłowe (Schwachsinn), w temperamencie sangwinicznym -pomieszanie zmysłów (zwariowanie; Irrsinn), a najbardziej radykalne przejawy temperamentu cholerycznego polegają na wszystkich tych wybuchach chorobliwej natury ludzkiej, które prowadzą aż do szału (Tobsuchi) itd. Temperamenty wprowadzają dużo pięknej różnorodności, gdyż przeciwieństwa przyciągają się; jednakże uwielbienie jednostronnych cech temperamentu bardzo łatwo .może zaszkodzić między narodzinami a śmiercią.

Dla wychowawcy ważne jest postawienie sobie pytania: jak postąpisz mając do czynienia na przykład z dzieckiem sangwinicznym? Tutaj musimy wyjść z poznania całej istoty temperamentu sangwinicznego i starać się nauczyć, jak powinniśmy postępować. Tak jak trzeba mówić o innych aspektach wychowania dziecka, tak konieczne jest także omówienie każdego temperamentu w wychowaniu.

Mamy przed sobą dziecko o temperamencie sangwinicznym, które chętnie i szybko interesuje się mało ważnymi rzeczami i łatwo mogłoby popaść w powierzchowność i brak zainteresowania dla rzeczy najważniejszych (zwyrodnienie temperamentu). Może to przerodzić się w najstraszniejszą jednostronność, a niebezpieczeństwo takie można zauważyć zgłębiając naturę ludzką. Tutaj trzeba sobie powiedzieć: próbując od razu wykształcić w tym dziecku jakąś właściwość odwrotną do tej, jaką ono posiada, wcale nie zmienia się jego właściwości. Mając do czynienia z rzeczami, dla których podłożem jest najbardziej wewnętrzna natura człowieka bezpośrednio związana z jego istotą, musimy pamiętać, że można je jedynie przyginać i wyginać. Wobec sangwiniczności dziecka, która stała się jednostronna, musimy ostrożnie zwrócić się do temperamentu sangwinicznego dziecka. Jeżeli chcemy właściwie postępować wobec takiego dziecka, musimy zwrócić uwagę na coś szczególnego: choćby było ono nawet najbardziej sangwiniczne, znajdzie się przecież coś, czym się zainteresuje. I na to, co odnajdziemy, na to, czym dziecko szczególnie się interesuje, musimy zwrócić uwagę. A ponieważ stanowi to w końcu dla dziecka coś, wobec czego nie przechodzi ono lekkomyślnie, musimy starać się przedstawić mu to właśnie jako rzecz szczególną, tak aby jego temperament objął także to coś, co jest mu nieobojętne. Zatem jeśli ma na przykład jakieś upodobanie, musimy starać się przedstawić mu je w szczególnym świetle; dziecko musi nauczyć się używania swojej sangwiniczności. Działamy w ten sposób, że nawiązujemy przede wszystkim do tego, co zawsze można odnaleźć, że nawiązujemy właśnie do tych sił, które dziecko posiada. Za sprawą kar i namawiania nie będzie ono mogło trwale zainteresować się jakąkolwiek rzeczą. Kiedy jednak rozbudzi się w nim jedno szczególne zainteresowanie, miłość do kogoś, to miłość taka sprawi po prostu cud. Może wyleczyć jednostronny temperament dziecka.

W dziecku musi rozwinąć się osobiste przywiązanie; ujmę to tak: musimy stać się takimi, aby dziecko mogło nas pokochać. Takie jest zadanie wobec dziecka sangwinicznego. Ten, kto wychowuje dziecko sangwiniczne, ma zadbać, aby nauczyło się ono kochać miłością ogarniającą całą osobowość człowieka.

Przypuśćmy, że wychowawca martwiłby się, że u jego dziecka temperament choleryczny objawia się w sposób jednostronny. Nie wolno jednak zastosować tej samej recepty, co w przypadku dziecka sangwinicznego. Cholerykowi nie przyjdzie tak łatwo pokochanie osobowości drugiego człowieka. Musimy w inny sposób włączyć go w oddziaływania, jakie rozgrywają się między ludźmi. Musimy mianowicie być dla dziecka cholerycznego w pełnym znaczeniu tego słowa godni poważania i szacunku. Musimy starać się o to, aby dziecko choleryczne nigdy nie spostrzegło, że mogłoby nie dostać informacji czy rady odnośnie do tego, co powinno zrobić. Musimy baczyć, aby mocno trzymać w ręku wodze autorytetu i nigdy nie zblamować się brakiem rady czy czymś podobnym. Nadto konieczne jest także - gdy jednostronność temperamentu grozi wyrodzeniem się - by wychowując dać dziecku cholerycznemu szczególnie to, co trudno mu przezwyciężyć; by zwrócić jego uwagę na trudności niesione przez życie dostarczając mu rzeczy możliwie trudnych dla niego do przezwyciężenia. Musimy tworzyć przeszkody, tak aby temperament choleryczny nie był tłumiony, lecz by właśnie mógł zadziałać dzięki temu, że stawia się dziecko wobec pewnych trudności, które powinno przezwyciężyć.

Skoro wychowanie nakłada na nas zadanie zachowywania się względem dziecka w odpowiedni sposób, to z dzieckiem flegmatycznym naprawdę nie pójdzie nam łatwo. Trudno jest wywrzeć wpływ na flegmatyka. Istnieje jednak okrężna droga. Nie ma nic takiego, na co można by namówić dziecko flegmatyczne. Dlatego musimy sprawić, żeby przebywało ono w towarzystwie rówieśników! Tak jak sangwinik musi przywiązać się do kogoś ze względu na jego osobowość, tak flegmatyk musi zaprzyjaźniać się, nawiązywać kontakty z możliwie wieloma rówieśnikami! To jedyna droga, na której można rozniecić śpiącą w nim siłę. Nie będą państwo mogli obudzić zainteresowania małego flegmatyka odwołując się do prac szkolnych czy domowych; ale można tego dokonać okrężną drogą poprzez dusze dzieci w tym samym wieku.

Trudne jest również postępowanie z dzieckiem melancholicznym. Co mamy uczynić, kiedy odczuwamy trwogę wobec grożącej jednostronności melancholicznego temperamentu dziecka nie mogąc wszczepić mu tego, czego ono nie posiada? Musimy liczyć się z tym, że ma ono w sobie siły do przywiązywania się właśnie do przeszkód, do trzymania się wszelkich uciążliwości i trudności. Jeżeli chcemy właściwie ukierunkować tę właściwość jego temperamentu, musimy odwrócić tę siłę, musimy sprawić, by kierowała się ona na zewnątrz, a nie do wewnątrz. Jest rzeczą szczególnie konieczną, by wychowawca dziecka melancholicznego przywiązywał wagę do pokazywania dziecku - gdy z nim przestaje - że w świecie istnieje cierpienie. Dziecko melancholiczne potrafi przeżywać ból; chcąc je rozweselić wpychają je państwo na powrót w jego własne ograniczenia. Pokazując mu, że istnieje cierpienie, kierują je państwo w drugą stronę! Najszczęśliwszy jest ten melancholik, który może wzrastać u boku człowieka mającego dzięki ciężkim przejściom wiele do powiedzenia; wtedy dusza oddziałuje na duszę w najszczęśliwszy sposób. W ogóle dobrze jest, gdy staramy się wyleczyć młodego melancholika nie przez wprowadzanie w jego otoczenie wesołej kompanii, ale przez to, że pozwalamy mu przeżyć uzasadniony ból.

Możemy więc powiedzieć, że sangwinik jest w najlepszym położeniu, gdy dorasta prowadzony pewną ręką, gdy ktoś objawia mu zewnętrznie takie cechy charakteru, dzięki którym rozwija się jego osobiste przywiązanie, jego miłość. Dla sangwinika czymś najlepszym jest miłość zwrócona ku całej osobowości człowieka. Nie sama miłość, ale szacunek i poważanie dla tego, czego może ktoś dokonać, jest tym, co najlepsze dla choleryka.

Melancholik może się uważać za szczęśliwego, kiedy dane mu jest wzrastać u boku człowieka, którego dotknął los. To, czego potrzebuje melancholik, leży we właściwym dystansie powstającym dzięki zaznajamianiu się z cierpieniem, dzięki pełnemu współczucia wczuwaniu się w ciężkie przeżycia człowieka darzonego autorytetem; leży we współodczuwaniu -tam, gdzie jest to uzasadnione - pełnego cierpienia losu. Dzieci melancholiczne wychowują się dobrze, gdy mogą żyć nie tyle w przywiązaniu do jakiejś osoby, nie tyle w szacunku i poważaniu dla dokonań jakiejś osoby, ile we współczuciu dla cierpienia, w uzasadnionym bólu odczuwanym wobec czyjegoś losu. Flegmatyk jest człowiekiem, u którego najlepiej jest wyrabiać skłonność do kierowania się ku zainteresowaniom innych osób, sprawiać, by otworzył się na zainteresowania innych.

Sangwinik powinien uczyć się rozwijać miłość i przywiązanie.
Choleryk powinien uczyć się rozwijać szacunek i poważanie dla czyichś dokonań.
Melancholik powinien uczyć się rozwijać współczucie i otwierać serce na los drugiego człowieka,
Flegmatyk powinien móc widzieć zwracanie się ludzi ku zainteresowaniom innych osób.

Kiedy mamy wziąć w swoje ręce wychowanie samego siebie, wtedy te rzeczy także mogą stać się dla nas wyjątkowo przydatne. Intelekt zauważa: nasza sangwiniczność płata nam najprzeróżniejsze figle i grozi wyrodzeniem się w niespokojny ("tułaczy") tryb życia, pospieszamy od przedmiotu do przedmiotu. Temu można się przeciwstawić, trzeba tylko obrać właściwą drogę. Choćby człowiek nie wiem jak często przemawiał sobie do sumienia: trzymaj się wreszcie czegoś!, jego temperament sangwiniczny i tak będzie mu wciąż na nowo płatał złośliwe figle. Człowiek może liczyć tylko na tę siłę, którą ma. Intelekt muszą tu wesprzeć inne siły. Czy sangwinik może liczyć na coś innego niż na swój temperament sangwiniczny? A mimo to w samowychowaniu trzeba także ciągle starać się, by zrobić to, co intelekt mógłby zrobić bezpośrednio: trzeba by zatem starać się nie zajmować się pewnymi rzeczami, które są interesujące! Sangwinik powinien sztucznie wytworzyć sobie taką właśnie sytuację, powinien postawić na swojej drodze możliwie wiele rzeczy, które go nie interesują. Postępując w ten sposób wystarczająco długo zauważa się, że temperament sangwiniczny rozwija siłę do przeobrażania się. .

Kiedy człowiek zauważa, że jego melancholiczność może skręcić w jednostronność, musi starać się, by wręcz stwarzać sobie uzasadnione zewnętrzne uciążliwości i przeszkody, i musi chcieć przeniknąć je i poznać w całej pełni, tak aby to, co ma z cierpienia i ze zdolności do cierpienia, skierować na zewnętrzne obiekty. Intelekt może tego dokonać.

Także choleryk może kurować sam siebie w pewien szczególny sposób, gdy rozważamy tę sprawę w świetle wiedzy duchowej. Kiedy zauważa, że jego szalejące wnętrze chce się wyżyć, musi starać się wyszukać sobie w miarę możności rzeczy, których przezwyciężenie wymaga mało siły; musi starać się, by dostarczyć sobie zewnętrznych, łatwych do przezwyciężenia spraw i by jak najpełniej wyładować swoją siłę na wydarzeniach i rzeczach o małym znaczeniu. Wyszukując sobie w ten sposób błahostki, które nie stawiają żadnego oporu, będzie przywracał swojemu jednostronnemu temperamentowi cholerycznemu właściwy kierunek.

Flegmatyk czyni dobrze, gdy używając intelektu decyduje, że musi interesować się takimi rzeczami, że musi wyszukiwać sobie takie obiekty, które mają prawo człowieka w ogóle nie obchodzić. Powinien wyszukiwać sobie zajęcia, przy których flegmatyczność jest uzasadniona, przy których może ją wyżyć. W ten sposób przezwycięża flegmatyczność, nawet gdy grozi ona wyrodzeniem się w jednostronność.

Realiści sądzą, na przykład, że najlepiej będzie dla melancholika, kiedy bezpośrednio wywoła się coś, co trzeba właśnie wywołać w zupełnie od-wrotny sposób. Kto jednak myśli prawdziwie realistycznie, ten odwołuje się do tego, co już w człowieku jest.

Zatem widzą państwo, że wiedza duchowa nie odciąga nas od rzeczywistego i prawdziwego życia, ale przyświeca nam na drodze do prawdy, a także może nami w życiu tak pokierować, abyśmy wszędzie mieli wygląd na rzeczywistość. Dziwakami są właśnie ci, którzy myślą trwać przy zewnętrznym pozorze zmysłowym. My musimy szukać głębszych podstaw, jeżeli chcemy wejść w rzeczywistość, a prowadząc takie rozważania będziemy uczyć się rozumieć różnorodność życia. Nasz zmysł praktyczny będzie się coraz bardziej indywidualizował, skoro nakłaniani jesteśmy nie do stosowania ogólnej recepty: "Nie powinieneś wypędzać lekkomyślności powagą!", lecz do patrzenia: "Jakie właściwości w człowieku trzeba wzniecić?", i skoro musimy przejść do indywidualności. Możemy tedy pozwolić wiedzy duchowej działać także z naszego najbardziej wewnętrznego jądra istoty, możemy uczynić z wiedzy duchowej największy impuls życia. Jak długo pozostaje ona tylko teorią, nic nie jest warta. Wiedza duchowa powinna być stosowana w życiu człowieka. Droga do tego jest możliwa, ale długa. Kiedy prowadzi do rzeczywistości, coś ją rozświetla. Przemieniają się wtedy nasze poglądy, a my zauważamy to; poznanie przemienia się. Przesądem jest mniemanie, jakoby poznanie musiało pozostawać abstrakcyjne - kiedy poznanie wchodzi w to, co duchowe, przenika całe nasze działanie, przenika całe nasze życie. Stoimy wtedy wobec życia tak, że posiadamy poznanie ujmujące indywidualność, sięgające aż do uczucia i odczucia i wyrażające się w nich, przepojone wielkim szacunkiem i poważaniem. Szablony łatwo poznać. Łatwo jest też chcieć pokierować życiem według szablonów - ale ono nie daje traktować się szablonono. Konieczne jest tu poznanie płynące z wiedzy duchowej; przemienia się ono następnie w uczucie, jakie człowiek musi żywić wobec indywidualności człowieka, wobec wszelkiej indywidualności w świecie. Wtedy całe nasze, że tak powiem, sumienne poznanie duchowe tak przeniknie nasze uczucia, że będziemy umieli właściwie ująć zagadkę, która staje przed nami w każdym indywidualnym człowieku. To natomiast jest właściwym podłożem, na którym wyrosnąć może prawdziwa, owocna, rzeczywista miłość ludzka. To jest podłożem, dzięki któremu spostrzegamy, czego mamy szukać w każdym człowieku jako najbardziej wewnętrznego jądra istoty. Kiedy pozwolimy, by poznanie duchowe przeniknęło nas w ten sposób, to życie społeczne tak się uporządkuje, że każdy - stojąc wobec drugiego człowieka z szacunkiem, poważaniem i wnikając w zagadkę-człowieka - nauczy się umiejętności odnajdywania i regulowania swojego postępowania wobec drugiego człowieka. Tylko ten, kto od początku żyje w abstrakcjach, może mówić w odniesieniu do wiedzy duchowej o suchych pojęciach; kto jednak dąży do prawdziwego poznania, ten znajdzie je, a dzięki temu znajdzie też drogę do drugiego człowieka; ten rozwiązanie zagadki drugiego człowieka znajdzie we własnym postępowaniu, we własnym zachowaniu. Tak jak sami odnosimy się do drugiego człowieka, jak wobec niego postępujemy, tak rozwiązujemy tę indywidualną zagadkę. Odnajdujemy jądro istoty drugiego człowieka jedynie dzięki takiemu poglądowi na życie, który pochodzi z ducha. Wiedza duchowa powinna być praktyką życiową, duchowym składnikiem życia, całkowicie praktyką, całkowicie życiem, a nie szarą teorią.

więcej...